wtorek, 6 maja 2014

Hania (3/4)

Mój  szloch skutecznie zagłuszał Fabiana. Z trudem, bo z trudem, ale jednak słyszałam (a może mi się tylko tak wydawało?), jak nawoływał:
-Kochanie! Co ci jest?!

Mimo bezgranicznej rozpaczy, spowodowanej powrotem wstrząsających wspomnień zawyłam z wściekłości. Choć wszystko, a nawet więcej, bolało mnie jak cholera, to wyskoczyłam z łóżka i z całej siły uderzyłam go w twarz.
-Ja ci, kurna, dam kochanie-po czym wlazłam ponownie do łóżka.
Fabian, chyba zdenerwowany, a na pewno zdumiony i przyciskający dłoń do policzka.
- To jak mam do ciebie mówić? Moja-była-żono-która-stwierdziła-że-nasz-związek-się-wypalił?
Roześmiałam się.
-Mi tam pasuje. A teraz na poważnie.-Zadrżałam.-Ja... myślę, że część moich wspomnień wróciła.
- Z napadu?
-Nie, z wakacji w Mielnie- wściekłam się. W sumie dlaczego? On tylko nazwał rzeczy po imieniu. To, co przeżyłam, było napadem.
Kurna, z oczu znowu poleciały mi łzy. Znowu. A ja musiałam być twarda. Chłodna. Opanowana. Odcięta od uczuć.
Wbrew mojej niechęci Fabian objął mnie ramieniem. Nie miałam siły (no i  w ostateczności ochoty), by się wyrywać.
Zapytał mnie z troską:
-Co pamiętasz?
Westchnęłam.
-Sporo, ale nie wszystko.
-Poczekamy do jutra, czy...
-Yyy, jak dla mnie, to wolałabym mieć to za sobą.
-A więc doskonale. Wiesz co, chyba zadzwonię do policjantki, ona też chciałaby to usłyszeć.
Przełknęłam ślinę.
-Ok-odparłam lakonicznie.
Podczas, gdy Fabian rozmawiał, ja omiotłam wzrokiem mój pokój. Wzdrygnęłam się. Fuuu! Jaki on brzydki! Ciemny sufit i żółta tapeta w niemniej żółte misie. I śmierdziało czymś niezidentyfikowanym, wolałabym nie wiedzieć, czym.
To z pewnością przywodzić mogło na myśl nie szpital, a coś w rodzaju umieralni. I raczej nie tylko mnie.
Spojrzałam na Fabiana. Cóż, miał już trzydzieści sześć lat, ale wyglądał całkiem niebrzydko. Jak James van der Beek, tylko że: a) miał bardziej niebieskie oczy b) ciemniejsze włosy c) nie miał zarostu. Łuuuh, ale ma niezły tyłek! Podczas naszego małżeństwa udawałam, że nie widzę zachwyconych spojrzeń, od bab z kościoła do przedszkolanki Kai.
Fabian, mówcie, co chcecie, w końcu panuje wolność słowa, to wspaniały gościu. To nie są puste słowa. Mój eks jest wrażliwy, nieśmiały, typowy romantyk. Troskliwy, czuły, pełen wewnętrznego ciepła. Bardzo kocha naszą córcię. I chyba mnie, co jest najgorsze, bo on w ten sposób psuje naszą przyjaźń. Kurde, żebym się tylko nie pobeczała. Dwa miesiące po rozwodzie, a ja tęsknię? Nigdy!

Mój były skończył rozmawiać i podszedł do mnie.
-Jak się czujesz?- rzucił.
-Wspaniale- powiedziałam z sarkazmem.
Fabian pogładził mnie po policzku.

Policjantka przyjechała kwadrans później. Skuliłam się w sobie, bo wiedziałam, że zaczną się pytania.
Ok, jestem gotowa. Tylko muszę wyłączyć serducho. Bo potrzebny mi chłodny i jasno myślący mózg.

-Jak to się stało?
- Byłam w ogródku, gdy ktoś zaszedł mnie od tyłu.
- Co ci zrobił napastnik?
-ranił mnie nożem i próbował mnie udusić.
-Widziałaś go?
-Tak. Nie zasłonił twarzy.
- I wiesz, kto to?
Wybuchnęłam płaczem. Poprzednio był to szloch rozpaczy. Teraz to strach czystego, okropnego strachu.
-To...-wyszeptałam Fabianowi do ucha.
Fabian jęknął i wypuścił powietrze z płuc. Musiał usiąść, w przeciwnym razie by zemdlał.
-A ona została z naszą córką!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz